5 lutego 2017

Wszystko albo nic czyli jak wytrwać w postanowieniach


Jak ten czas szybko leci, już mamy początek lutego, 1/12 roku już za Nami. A czy 1/12 postanowień też jest już za Wami? Jak to u Was jest? :) Dalej trwacie w swoich postanowieniach czy odpoczywacie od nich? Dzisiaj przychodzę do Was właśnie w tej sprawie.

Przez długi czas zawsze robiłam postanowienia, nie tylko noworoczne, były też te zaczynane od nowego miesiąca, tygodnia, od jutra, po urlopie, zacznę wtedy jak ogarnę pokój, mieszkanie, a to zajmie mi hoho ze 2 tygodnie jak nic. I tak wymyślałam bo zawsze było coś ważniejszego, no i nie miałam jeszcze kalendarza wypełnionego po brzegi godzina po godzinie co będę robić, ile treningów w ciągu tygodnia, jakie, ile posiłków w ciągu dnia będę jadła itd. (najłatwiej mi jest to przedstawić właśnie na przykładzie postanowień z treningami i dietą, na tym będę się opierać w tym poście, jednak można to odnieść do wszystkiego innego) Gdy już miałam w końcu ten napięty grafik na najbliższy miesiąc (oczywiście niejeden wysokiej klasy sportowiec nie miał tylu godzin treningów w tygodniu co ja i takiej diety co ja :D) ruszałam z tym wszystkim, wiadomo zawsze od poniedziałku, bo tak jakoś lżej od początku tygodnia. 

Pierwsze dwa tygodnie wszystkie punkty odhaczone, treningi, zakupy, gotowanie, do tego praca  i wszystkie inne domowe obowiązki, spotkanie ze znajomymi odpadało, bo w piątkowy wieczór trening na 20.00 a jak tego nie zrobię czy przełożę to wszystko przecież się  zawali. Całe moje kilkutygodniowe planowanie, przygotowywanie się do tych wielkich zmian runie niczym domek z kart. A ja nie mogłam na to pozwolić, bo przecież jak to, ja zrobię wtedy tylko załóżmy 80 % z moich planów na dzisiaj. Gdzie ja wcisnę te 20 % jutro czy w następnych dniach jak wszystko jest skrzętnie zaplanowane niemalże co do minuty. Wtedy dłuższa kolejka w sklepie już denerwowała bo czas przeznaczony na dzisiejsze zakupy będzie dłuższy niż zaplanowany iiii, no właśnie i co? 

Wtedy w takich momentach gdy dojdzie jeszcze gorsze samopoczucie, zmęczenie i ogólna niemoc, mamy ochotę tylko usiąść przed tv, zjeść pizze i czekoladę, a nie na siłowy trening na plecy, na kurczaka z ryżem i batoniki z odżywki, oleju kokosowego i daktyli. Buuuum, stało się, treningu nie było tylko film i objadanie się niezdrowymi słodkościami. I w tym momencie następuje koniec, poddanie się, wszystko skończone, trzeba od nowa wszystko układać i planować aby za kilka tygodni znów ruszyć pełną parą, ze zdwojoną siłą i determinacją. Ale co pomiędzy tym wszystkim? Dalej siedzenie i nic nie robienie, objadanie się, użalanie się nad sobą że znowu mi nie wyszło? Czyli albo wszystko albo nic?





Przedstawiam to wszystko w taki trochę obrazowy sposób ale tak właśnie to mniej więcej wyglądało u mnie i wiem że u wielu wielu innych osób też. To takie błędne koło. Najpierw mozolne przygotowania się aby ruszyć z nowym planem treningów, diety kilka dni tygodni, kurczowe trzymanie się grafiku, jeden gorszy dzień, wypadamy z obiegu i następuje znowu ten czas nic nie robienia, okres demotywacji, poczucia beznadziejności by powoli znowu zbierać siły i zaczynać planowanie od nowa. Tu się koło zamyka i zaczyna wszystko od początku. 

Trzeba jednak w końcu powiedzieć STOP. Taki cykl jest niezdrowy dla Naszego organizmu jak i psychiki, tracimy stabilizację, poczucie równowagi, do tego dochodzą stany poczucia beznadziejności, bo nie potrafimy trzymać się planu, ale nie widzimy już tego że jest to plan nie do realizowania na dłuższą metę, bo narzuciliśmy dla siebie zbyt wiele i fizycznie nie jesteśmy w stanie tego wykonać bo doba ma tylko 24 godz i się nie rozciągnie a m też potrzebujemy czasu na odpoczynek a tego często nasze kalandarze już nie zawierają. 

Teraz czas na jedno z podstawowych pytań. Dlaczego ustawiłaś sobie plan 6 ciężkich treningów na siłowni na tydzień? Dlaczego wyrzuciłaś z diety chleb i ziemniaki a zastąpiłaś to znienawidzoną od dzieciństwa kaszą gryczaną i kuskus? Rozumiem,  chcesz schudnąć? Bo to jest teraz modne? Świetnie! Ale czy to jest właśnie odpowiednia droga? . Robienie czegoś w brew sobie, czegoś czego się nie lubi nie przyniesie zamierzonych efektów, wręcz przeciwnie, bo jak długo można robić coś czego się w ogóle nie lubi i nie sprawia Nam to w ogóle radości? No właśnie, w tym wszystkim jest problem. 

Więc zacznijmy jeszcze raz...Chcesz schudnąć? Bo to jest modne? Świetnie! Możesz pójść do dietetyka i trenera personalnego, oni Cię poprowadzą, albo zajrzeć do internetu, który jest kopalnią wiedzy, trzeba tylko umiejętnie z tego korzystać, znajdziemy tu wszystko.  Przede wszystkim należy podejść do tego na luzie, bez stresu i bez kilku tygodni planowania :) Wplatajmy te postanowienia powoli, dajmy sobie czas na ich realizacje, sprawdzajmy jak idą postępy, ale zachowujmy przy tym równowagę i zdrowy rozsądek. Jeśli chodzi o treningi to znajdźmy taki rodzaj sportu który naprawdę będzie sprawiał Nam radość. Nie kupujmy karnetu na siłownię od razu na rok bo wszyscy w styczniu idą na siłownię to pójdę i ja, a że opłata za cały rok z góry wychodzi najtaniej a przecież na pewno będę chodzić to co tam, biorę. A może najpierw trzeba wziąć pod uwagę czy taka forma aktywności będzie Nam odpowiadała? Tym bardziej jeśli dopiero zaczynamy swoją przygodę z siłownią. To nie jest dla każdego.  
Tak samo jest z bieganiem, nie kupujmy od razu butów specjalnie do biegania za 300 zł bo mogą leżeć w kącie i się kurzyć. Jest tyle różnych dyscyplin sportowych że na pewno coś wybierzecie. Siłownia, treningi indywidualne, zajęcia grupowe jak np wspólny trening na mięśnie nóg, szczególnie ud i pośladków (najczęściej takie treningi są w ramach karnetów na siłownie) bieganie, basen (ochh jak ja za nim tęsknie) joga, to tylko  kilka z wielu propozycji. Już coś wybraliście? Jeśli wiąże to się z jakąś opłatą wykupcie zajęcia najpierw tylko miesiąc, sprawdzicie czy się Wam to podoba, czy opowiada, czy czujecie się dobrze i czy czujecie radość po takim treningu czy jednak nie. Dopiero później zdecydujcie o kilkumiesięcznym karnecie, jeśli wszystko Wam będzie odpowiadało. Ale nie narzucajcie sobie 5 czy 6 zajęć w tygodniu, szybo możecie poczuć się tym zmęczeni nawet jeśli początkowo sprawiało Wam to radość. Wpiszcie do kalendarza 3 w ciągu tygodnia i czekajcie na to z niecierpliwością, cieszcie się każdą minutą spędzoną na treningu i tym uczuciem tuż po, jak kolejny raz możemy powiedzieć że było fajnie, pomimo że nie lekko, ale w tym cały myk żeby stawiać poprzeczkę coraz wyżej żeby właśnie nie było za lekko, żeby poczuć że Nasze ciało pracuje :) 


Dajmy jednak Naszemu ciału czas na odpoczynek, regenerację, niech dobrze przygotuje się na kolejne starcie :) Nie jesteśmy sportowcami którzy muszą trenować po kilka godzin dziennie 6 razy w tygodniu, to ma stać się Naszym dobrym nawykiem, niech to się stanie Naszym stylem życia, a efekty uboczne jeśli ktoś na nie czeka w postaci ubywających kg czy cm, w postaci ładniejszego, bardziej wyrzeźbionego, jędrnego, gibkiego, silnego ciała przyjdą same, z czasem. Analogicznie odnosi się to do diety (w ogóle nie lubię tego słowa). Odstawcie bądź ograniczcie z jadłospisów to co jest wysoko przetworzone, to co jest naprawdę przez wszystkich uznane za niezdrowe, znajdźcie zamienniki, wprowadźcie do posiłków więcej warzyw i owoców. To są podstawowe działania ale potrafią zdziałać cuda. Nie trzeba od razu wyrzucać całej zawartości lodówki i kuchennych półek i wprowadzać całkiem nowe produkty. Uważajcie też na wszystko z etykietą bio, eko i bez cukru, często te produkty są bardziej nafaszerowane chemią niż te zwykle. I znowu apel o równowagę i rozsądek w tym wszystkim. Róbcie to wszystko powoli, wprowadzajcie zmiany stopniowo, tylko wtedy taka misja może zakończyć się sukcesem i mieć długofalowe skutki w postaci zmiany stylu życia na bardziej aktywny i zdrowszy bo to wszystko przerodzi się w dobre nawyki, nie będzie to już pobożnym życzeniem, postanowieniem czy wyrzeczeniem a stanie się Waszą rutyną, Ale wsłuchujcie się w siebie i obserwujcie swoje ciało. Jeśli dzisiaj naprawdę nie masz ochoty na trening bo jesteś zmęczona i nie masz ochoty już na nic to nie rób tego, to najprawdopodobniej i tak nie sprawi Ci radości. Możesz też zacząć ale jak po kilku minutach dalej nie masz na to i chęci rzuć to i zrób coś na co naprawdę mas ochotę lub nie rób zupełnie nic :) Przełóż trening na następny dzień lub w ogóle odpuść, Twój świat się przez to nie zawali, bo raz na miesiąc odpuścisz ćwiczenia. Regeneracja  w tym momencie może być bardziej potrzeba Twojemu organizmowi niż kolejny trening. To samo z jedzeniem. Masz ochotę na kilka kostek czekolady? Zjedz! Bo za kilka dni zjesz cała tabliczkę lub dwie i będziesz w jeszcze większej frustracji. Znajomi wychodzą na pizzę  i piwo w weekend? Idź razem z Nimi, nie odmawiaj sobie tej przyjemności. 

Pamiętaj, musi być ta równowaga bo inaczej można zwariować i rzucić wszystko na długie miesiące. 

Nie bój się też zmian. Chodzisz na siłownie przez 3 miesiące, jednak dochodzisz do wniosku że już nie chcesz bo wkręciłaś się w jakaś inną aktywność  i możesz ćwiczyć w domu? Jeśli dobrze to przemyślałaś, przeanalizowałaś wszystkie za i przeciw i jest to naprawdę świadoma decyzja to zrezygnuj z niej, to i tak za chwilę przestanie sprawiać Ci radość a przecież nie o to chodzi żeby się zmuszać. I tak w ciągu dnia i życia zmuszamy się do robienia zbyt wielu rzeczy, których nie chcemy robić a niestety naprawdę musimy. Nie patrz na to co powiedzą znajomi, masz mieć z tego przede wszystkim radość i koniec :) Ja 2 tygodnie temu też zrezygnowałam z chodzenia na siłownię na którą chodziłam przez rok, najpierw często później z różnych przyczyn już sporadycznie. Chciałam to zrobić już w grudniu ale pomyślałam że może od stycznia zacznę znowu regularnie na nią chodzić, nic z tego, ćwiczenia w domu i powrót do biegania wygrały. Więc nie walczyłam, oddałam się temu co na chwilę obecną bardziej mi odpowiada i sprawia mi faktyczną radość. Jeśli zechce wrócić, możecie to zrobić w każdej chwili.

I coś co może powinno być na początku :P Nie czekaj na dobry czy wręcz idealny moment aby zacząć realizować swoje takie czy inne postanowienia, nie czekaj jutra, poniedziałku czy nowego miesiąca, wstań i zacznij robić to już, nie musi to być morderczy killer z Ewka :) może to być 15 min rozciągania. Nie musisz od razu gotować 5 super zdrowych posiłków dziennie, wystarczy że do drugiego śniadania dorzucisz jakiś owoc, czy do kanapki z serem i szynką włożysz sałatę :) Może to się Wam wydać śmieszne, ale pamiętajcie, nie od razu Rzym zbudowano :) lepiej iść małymi krokami cały czas do przodu niżeli zrobić jeden duży, ustać w miejscu czy się cofać. 


Krótkie podsumowanie tej rozprawki :) Zacznij działać już dziś, nie odkładaj tego na potem, nie ma takiego dnia tygodnia. Znajdź taki sport, którego uprawianie da Ci radość, wtedy to będzie Twoją rutyną, przestaniesz to traktować jak postanowienie czy wyzwanie. Daj sobie czas na odpoczynek, relaks i lenistwo :) Nie karz siebie za to jeśli nie wykonałaś czegoś bo nie miałaś na to siły ani ochoty, słuchaj siebie. Pamiętaj, każdy mały poczyniony krok przybliża Nas do celu :) 
Myślę że będą kolejne posty o tej tematyce, chociaż wbrew pozorom nie są łatwe do pisania. Teraz mówcie jak u Was to wszystko wygląda, jest wszystko czy nic?  :)